Wybierz Stronę

Są takie dni, kiedy wracam do domu po kilku godzinach spędzonych między ludźmi i pierwsze, o czym marzę, to cisza. Nie serial czy social media, cisza. Właściwie takie dni zdarzają się dosyć często.

Zawsze wydawało mi się, że coś jest ze mną nie tak. Każdy zawsze mi mówił, że trzeba być otwartym i otaczać się ludźmi. W szkole nauczyciele oczekiwali, że będę głośno odpowiadać na pytania i udzielać się na lekcjach, tak samo było w przedszkolu. No i zawsze nieodłączne pytanie „Czy wszystko w porządku?”.
Odpowiedź brzmi „tak”.

Czy to, że jestem cicho od razu oznacza, że stało się coś złego? 

Nie, cisza, która tak wszystkich przeraża i od razu zwraca uwagę, nie jest złym znakiem. Często cicha osoba po prostu potrzebuje spokoju. Mnie zawsze takie pytanie irytowało i sprawiało, że nawet jeśli wcześniej było dobrze to po usłyszeniu go już nie. Zawsze zaczynałam się zastanawiać czy nie powinnam może również zacząć głośno gadać albo wiercić się na krześle tak jak to robiły inne dzieci. Czułam się źle z tym, że jestem cicho. A przecież mnie cisza nie przeszkadzała.

Introwertycy po prostu mają to do siebie, że lubią przebywać w ciszy i unikają głośnych miejsc. 

Tak siedzę teraz w ciszy i zastanawiam się co ludzi w niej tak przeraża. Szczerze mówiąc nie wiem. Jest po prostu spokojnie. Można się wyciszyć i pomyśleć w spokoju nad sprawami które mogły umknąć w trakcie zabieganego dnia.

Dopiero z czasem zrozumiałam, że cisza nie jest pustką. To przestrzeń. W ciszy łatwiej zauważyć własne emocje, uporządkować myśli i odpocząć od ciągłych bodźców. Kiedy wokół cały czas coś dzwoni, miga i domaga się uwagi, kilka spokojnych minut potrafi być bardziej regenerujące niż cały wieczór spędzony na bezmyślnym przewijaniu telefonu.

Bycie cichym nie oznacza wcale braku własnego zdania ani bycia odludkiem. Niektórzy po prostu potrzebują trochę więcej ciszy niż inni.

Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, w których cisza jest traktowana jak coś, co trzeba natychmiast wypełnić. Jedziemy autobusem — włączamy muzykę, siedzimy sami w domu — odruchowo sięgamy po telefon. Jeśli podczas rozmowy zapadnie kilka sekund ciszy, ktoś od razu próbuje ją przerwać. Zupełnie jakby samo bycie ze swoimi myślami było czymś strasznym i niewygodnym.

A ja lubię takie momenty. Lubię wrócić do domu, zrobić sobie herbatę i po prostu posiedzieć. Bez planu. Bez ciągłego sprawdzania powiadomień. W takich chwilach czuję, że mój umysł w końcu zwalnia. Wszystko, co przez cały dzień było zagłuszane przez hałas i obowiązki, nagle staje się bardziej wyraźne.

I tak sobie myślę, że być może właśnie dlatego tak męczą mnie miejsca pełne ludzi. Nie dlatego, że ich nie lubię. Po prostu po kilku godzinach rozmów, dźwięków i różnych bodźców czuję się przebodźcowana. Potrzebuję chwili, żeby wrócić do siebie. Kiedyś miałam przez to wyrzuty sumienia. Wydawało mi się, że skoro inni mogą spędzać cały dzień w towarzystwie i nadal mieć energię, to ja też powinnam. Dzisiaj wiem, że nie muszę.

Nie każdy musi być głośny. Nie każdy musi mówić najwięcej w grupie. Czasem można po prostu siedzieć w ciszy i czuć się z tym dobrze.
I naprawdę chciałabym, żeby więcej osób uznało to za coś całkowicie normalnego.

Cisza nie jest problemem. Jest miejscem, w którym najlepiej odpoczywam.